Nowe otwarcie – Redburn wraca do korzeni

Jedenaście lat – tyle trwa historia Redburnu, drużyny, która swoje pierwsze mecze rozgrywała jeszcze w czasach Playareny. Początki sięgają boiska przy ul. Morcinka, gdzie bracia Wcisło razem z grupą znajomych postanowili stworzyć drużynę, której fundamentem była zwykła radość z gry. Dziś niewiele drużyn może pochwalić się tak długą i nieprzerwaną obecnością na toruńskiej scenie amatorskiego futbolu. Na przestrzeni lat Redburn przeszedł drogę, której wielu mogłoby pozazdrościć – od ligowych dołów, przez kolejne szczeble ligowe, aż po mecze wśród najlepszych ekip miasta.

Jednak czas nie stoi w miejscu. Ostatni sezon przyniósł duże zmiany personalne. Z drużyny odeszli zawodnicy, którzy w ostatnich latach stanowili o jej sile – osoby, dzięki którym Redburn wspinał się na ligowe salony. W ich miejsce pozostał trzon, który pamięta początki – ludzie, dla których nazwa „Redburn” to nie tylko drużyna, ale kawałek własnej historii.

Zapytałem Marcela Wcisło, który obecnie pełni obowiązki kapitana zespołu, o to, co stało się z kadrą drużyny w ostatnim sezonie, o dowodzenie w zespole, o obecny sezon i cele na kolejne rozgrywki, a także o to, czy obecny Redburn wciąż posiada swój charakterystyczny „gen Redburnu”.

Myślę, że w A lidze zaczęliśmy gubić naszą filozofię – Redburn zawsze był drużyną ponad indywidualności. Najbardziej ucierpiał na tym nasz kręgosłup: ludzie, którzy trzymali zespół w kupie, budowali atmosferę i dawali przykład zaangażowaniem, choć może technicznie odstawali od czołówki. To wtedy coś się zacięło. Naszą siłą zawsze była chemia i współpraca, nie nazwiska. Naturalne więc, że część zawodników, którzy bardziej postawili na siebie, odeszła. Przez moment drużyna tęskniła za Kieranem Ollivierre, ale szybko zrozumieliśmy, że teraz odpowiedzialność za wynik rozkłada się na wszystkich. Każdy musi dorzucić coś od siebie. Może gramy niżej, ale znów czujemy sprawczość i prawdziwe DNA Redburnu. – mówi Marcel Wcisło

I te słowa w stu procentach oddają to, co od zawsze towarzyszyło Redburnowi. Sam mam w tej historii swój udział, przez kilka sezonów reprezentowałem barwy zespołu, najpierw w Playarenie, a później w Futbol-Arenie. Wspólnie z braćmi Wcisło tworzyliśmy wówczas projekt Young Bears, który szybko rozrósł się do dwóch drużyn – a drugą z nich był właśnie Redburn. Po rozłamie trafiłem już bezpośrednio do Redburnu, gdzie atmosfera w zespole zawsze była czymś wyjątkowym. Mimo że wyniki nie zawsze zachwycały, to na każdy mecz przychodziło się z uśmiechem na twarzy. Nikt nie rozliczał Cię z błędów – jeśli brakowało Ci piłkarskich umiejętności, ale nadrabiałeś walecznością i zaangażowaniem, byłeś częścią tej drużyny. To właśnie wyróżniało Redburn. Tworzą go ludzie, którzy naprawdę się lubią potrafią ze sobą współpracować, nie tylko zawodnicy dobrzy technicznie, ale przede wszystkim ci, którzy chcą grać razem.

Na razie raczej tymczasowo zastępuję Damiana, który wciąż dochodzi do siebie po kontuzji. To lider niezastąpiony – w trudnych chwilach wciąż czujemy jego brak. Potrafił błyskawicznie rozładować napięcie, a chwilę później tak scementować drużynę, że każdy wiedział: z Redburnem lekko nie będzie. Pod jego nieobecność staram się utrzymać zespół w ryzach, skupić na stabilizacji i przywrócić wiarę, że warto grać razem – z uśmiechem i zaangażowaniem. Wróciliśmy do prostszego stylu, opartego na solidnej defensywie i schematach, które kiedyś wyniosły nas na szczyt dawnej futbol-areny. To zaczyna działać. Ja sam próbuję być liderem na boisku, a poza nim tę rolę naturalnie przejął Piotr Jedynak – i robi to znakomicie. Ale wciąż, czekamy z niecierpliwością na Damiana!

Założyciel całego projektu, Damian Wcisło, obecnie leczy kontuzję i przez jakiś czas Redburn będzie musiał jeszcze na niego poczekać. Jak wspomina jego brat Marcel, to postać absolutnie niezastąpiona – na boisku zawsze pełne zaangażowanie, a gdy trzeba było stanąć w obronie któregoś z kolegów, Damian robił to jako pierwszy. Prawdziwy kapitan, z krwi i kości. Teraz naturalnie sprawy organizacyjne przejął Marcel, który wraz z Piotrem Jedynakiem bardzo dobrze wypełnia swoje obowiązki. Piotr to zawodnik, który razem z Redburnem dojrzewał, z każdym sezonem stając się coraz ważniejszą postacią w drużynie. Znając jego charakter i zaangażowanie, można śmiało powiedzieć, że tacy ludzie są w zespole na wagę złota. Kiedy trzeba – pochwali, kiedy trzeba – powie kilka gorzkich słów, nie gryząc się w język. A na boisku? Zawsze walka do samego końca.

Początek sezonu był trudny. Dużo zmian, styl z ligi A przestał działać, a nowi zawodnicy dopiero wchodzili w rytm. Nasz pierwszy cel był prosty – odbudować zgranie i sprawdzić, na co nas stać po przebudowie. Dziś tabela wskazuje raczej środek stawki, więc skupiamy się na tym, by wygrać każdy możliwy mecz i kończyć sezon z podniesioną głową. Kadrowo jesteśmy stabilni – dołączyli wartościowi ludzie, którzy grają dla zespołu, nie dla statystyk. To znów drużyna, która zostawia na boisku 110%. Do walki o najwyższe cele wystarczy nam regularna frekwencja i wiara w siebie. Przyszły sezon może być tym, w którym celem będzie siegniecie po złoto. A czy wrócimy jeszcze do najwyższej ligi? Nie wiem. Ale pamiętam, jak zaczynaliśmy na czwartym poziomie i trzy lata później graliśmy już z najlepszymi.

Czasem krok wstecz to dwa kroki do przodu. Redburn na nowo szuka tego, co przed laty stanowiło o jego sile – atmosfery i zaangażowania. Zespół jest dziś przebudowywany w taki sposób, by znów być w stu procentach drużyną – nie zbiorem nazwisk, lecz grupą ludzi, którzy naprawdę chcą grać razem. Jak pokazują historie wielu ekip, o których już pisaliśmy, największe sukcesy rodzą się właśnie wtedy, gdy fundamentem jest chemia między zawodnikami, a nie tylko umiejętności piłkarskie. Bo nawet najbardziej utalentowany zespół nie przetrwa długo, jeśli zabraknie w nim zaangażowania, wzajemnego szacunku i poczucia, że każdy gra dla drugiego. Redburn ma tego świadomość. Dziś stawia na ludzi, którzy po prostu lubią swoje towarzystwo, potrafią wspólnie cieszyć się grą i nie znikają po pierwszym niepowodzeniu. Może piłkarsko nie jest to już ten sam zespół, który bił się o najwyższe cele, ale pod względem charakteru – to właśnie ten Redburn, który przed laty budował swoją legendę.


Tak, ta drużyna wciąż ma w sobie gen Redburnu. Przy budowaniu składu patrzyliśmy właśnie na to – czy ktoś pasuje charakterem, nie tylko umiejętnościami. Ci, którzy zostali, to ludzie z tym genem w DNA. Naszą siłą jest walka i determinacja, a nie techniczny futbol. Mamy kilku prawdziwych gladiatorów, jak Michał Dunajski czy Przemek Kamiński – to nazwiska, które mówią wszystko o tym, czym jest Redburn.

Drużynie braci Wcisło należy życzyć, by ta historia trwała jeszcze długie lata. By nigdy nie zabrakło chęci, pasji i tej charakterystycznej energii, która od zawsze napędzała Redburn. Wyniki nie zawsze idą w parze z zaangażowaniem, ale to nie tabela definiuje ten zespół. Najważniejsze, co udało się zbudować przez te wszystkie lata, to miejsce, do którego trafili ludzie połączeni czymś znacznie więcej niż tylko wspólnym kopaniem piłki. I właśnie to jest największy sukces Redburnu. Bo choć były medale w Futbol-Arenie, były emocje w Pucharze Torunia, kiedy niewiele zabrakło, by wyeliminować Bartist, i był też moment, gdy drużyna otarła się o udział w ogólnopolskim turnieju „Trzy rogi i karny” – to wszystko nie miałoby sensu bez jednego elementu: drużyny.

A tę Redburn bez wątpienia wciąż tworzy – na boisku i poza nim.

Leave a Reply